środa, 23 marca 2016

Psychoanaliza #4 - Stres [MC #22]

Słuchajcie, dzisiejszego posta napisałem jakoś w zeszłym roku, bodajże na jesień, ale go nie dodałem. Nie wiedzieć dlaczego, przeleżał sobie tyle miesięcy w roboczych. Pomyślałem sobie, że warto by go tutaj w końcu pokazać. Mnie osobiście ten post zadziwia... A najbardziej to, jak niesamowicie może zmienić się człowiek w ciągu kilku miesięcy. Pisząc tamte słowa musiałem być w niezłej depresji... Oczywiście, problemy, które tam poruszyłem są dla mnie wciąż aktualne, jednakże nie sprawiają mi one wcale kłopotów, jakby się mogło wydawać po tym poście. Toteż przyjmijcie poniższe słowa z lekkim przymrużeniem oka!



Dzisiaj znowu będzie o mnie i o mojej psychice... Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że pisałem tego posta będąc w bardzo dużym emocjonalnym dołku, który już na szczęście minął, lecz to, co tutaj napisałem jest i zawsze będzie aktualne.

Od zawsze wiedziałem, że nie jestem taki jak wszyscy. Że nie potrafię żyć normalnie w społeczeństwie, jak inni ludzie. Że widzę wielki problem tam, gdzie inni zauważają tylko zwyczajne życiowe sytuacje. Niełatwo jest być neurotykiem, który żyje w nieustannym stresie praktycznie bez logicznego powodu. Z góry przepraszam, jeśli zanudzam kogoś swoimi problemami.

Stres i lęk towarzyszą mi od zawsze. Ja nie potrafię powiedzieć, dlaczego się boję, czym się stresuję, po co się tak przejmuję. Po prostu tak mam i koniec, powody jeśli nawet są, to są irracjonalne, albo tylko ja je rozumiem, w sensie, że tylko ja dostrzegam w danych sytuacjach problem.

Tak naprawdę, schody zaczynają się, kiedy pojawiają się rzeczywiste powody do stresu, którym uległby nawet normalny człowiek, czyli takie rzeczy jak egzamin na prawo jazdy, czy początek nowej szkoły - każdy boi się w takich sytuacjach, a co dopiero ja. Pamiętam, że okres, kiedy robiłem prawko był dla mnie koszmarem. Byłem kłębkiem nerwów, nie potrafiłem skupić się na niczym, ciągłe wahania nastrojów i ogólne emocjonalne rozstrojenie. Podejrzewam, że do końca życia będę wspominał to jako największy koszmar mojego życia... 

Podobna sytuacja trwa teraz, kiedy rozpoczynam studia. Tym razem jednak miało być inaczej. Znam siebie, wiem jaki jestem i wiedziałem, że stany lękowe mnie dopadną. Dlatego już od początku wakacji pracowałem nad swoim wyglądem, który miał doprowadzić do podwyższenia mojej samooceny, a to w konsekwencji wyeliminowałoby chociaż kilka czynników stresowych. Myślałem, że to wystarczy. Myślałem, że kiedy nie będę bał się o swój wygląd, to będzie lepiej, łatwiej nawiążę z ludźmi kontakt i uda mi się przez ten trudny początek jakoś przebrnąć. Niestety, pomyliłem się. Pojawiły się przeróżne inne problemy, które skutecznie spędziły mi sen z powiek na kilka ładnych dni, które sprawiły, że pomyliłem tramwaje i zrobiłem dużo innych głupstw. Stres sprawił, że nie byłem sobą, że nie potrafiłem myśleć. Boję się tego, co będzie. Boję się, że oszaleję.

Oczywiście wszystko się z czasem ułożyło. Minęły już dwa tygodnie od rozpoczęcia nowej szkoły i znalazłem dla siebie towarzystwo, ale jednak potrzebowałem na to czasu. No i oczywiście stres mnie przy okazji dopadł...

Do tej pory moim jedynym ratunkiem była ucieczka w świat marzeń. Oczywiście można się łatwo domyślić dokąd się wybierałem, do mojego świata z Dobrej Duszy, rzecz jasna. Widzicie zatem, że nie jest to dla mnie zwyczajna powieść, którą piszę, tylko moja własna, osobista psychoterapia. Tylko poprzez ucieczkę od problemów tego świata do krainy fantasy byłem w stanie się wyluzować i odstresować w trudnych chwilach. Zresztą, prawdą jest, że prawie wszystkie moje myśli dotyczą nieistniejących światów, sytuacji wymyślam w głowie nierealny scenariusz z udziałem moich postaci. Realne życie jest zbyt przerażające...

Drugą odskocznią od stanów lękowych jest dla mnie muzyka. Jestem człowiekiem niezwykle emocjonalnym i dlatego muzyka natychmiast wywołuje u mnie określone stany. Jest to jednak rozwiązanie chwilowe - kiedy dźwięki cichną, problemy wracają. Często świętuję małe tryumfy, kiedy przezwyciężam lęk. Ostatnio na przykład chwaliłem się mamie, że przyszedł listonosz i nawet otworzyłem mu drzwi. To może Wam wydawać się głupie, wręcz żałosne, ale dla mnie był to powód do dumy, zwłaszcza, że jeśli zrobię coś raz, to już więcej nie mam z tym problemu. 

Moim ukojeniem jesteście też Wy, drodzy czytelnicy. Fakt, że tu jesteście, że czytacie to, co wypisuję, że komentujecie, że angażujecie się u mnie na blogu bardzo dużo dla mnie znaczy. Czuję się wtedy potrzebny, dowartościowany. Dlatego bardzo chcę Wam dzisiaj podziękować za to, że jesteście...

Mimo wszystko, moje codzienne życie nie wygląda aż tak groźnie i dramatycznie, jak tu napisałem... Nauczyłem się dość dobrze ukrywać swoje emocje, skrywać to, co czuję. W życiu funkcjonuję jak normalny człowiek: chodzę do sklepu, spotykam się z przyjaciółmi, poszedłem na upragnione studia, zdałem bez problemu maturę i jestem szczęśliwy. Ludzie myślą, że wszystko jest dobrze. W rzeczywistości nie wiedzą, jak bardzo boję się każdego dnia, kiedy muszę wyjść z mojego pokoju, mojej bezpiecznej kryjówki.

Czy jestem wariatem? Zapewne tak, chyba potrzebuję pomocy specjalisty. Niestety, nigdy się do niego nie udam, bo byłoby to dla mnie zbyt stresujące. Rodzicom też nie mogę o tym opowiedzieć, bo oni uważają, że mój opór przed robieniem pewnych rzeczy wynika z mojego lenistwa oraz ogólnie z dziwactwa. Są zdania, że najlepsza jest dla mnie "terapia szokowa" czyli rzucenie mnie na głęboką wodę (czyli w normalne codzienne sytuacje), które niestety odnoszą odwrotny skutek.

Nie martwcie się o mnie. Nie chcę, żebyście się mną niepotrzebnie przejmowali - poradzę sobie tak, jak radziłem sobie przez ostatnie 20 lat mojego życia. Przebrnę przez studia i jeszcze będę się z tego śmiał, kiedy już osiądę na stałe w moim domu i w końcu będę miał upragniony spokój. Chciałem tylko, żebyście wiedzieli. Moje stany lękowe tak naprawdę nie przeszkadzają mi aż tak bardzo, bo nie znam innego życia. Jedyne czego się obawiam w związku z nimi, to fakt, że mogą kiedyś przyćmić moje szczęście. Uważam się bowiem za człowieka w pełni szczęśliwego i zadowolonego z życia i nie chce, żeby stres kiedykolwiek mi to zniszczył.

Najważniejsze to umieć znaleźć jądro spokoju. Ta umiejętność przydaje się każdemu, nie tylko mi, bo przecież wszyscy się czasem stresujemy. Ale to już temat na kiedy indziej...

12 komentarzy:

  1. Doskonale rozumiem twoją ucieczkę w świat fantasy... Właściwie tylko dzięki pisanej powieści przeżyłam gimnazjum do końca. Świat, którym samemu wymyślasz, pozwala zapomnieć o świecie ,,realnym", a przede wszystkim mieć jakąś władzę nad tym, co się dzieje - choćby w twojej powieści. Bohaterowie książki zawsze byli moimi najlepszymi przyjaciółmi i cały czas próbuję upodobnić się do mojej ulubionej postaci, choćby kolorem włosów.
    Przyjaźnię się z człowiekiem podobnym jak ty i naprawdę da się to ogarnąć, w sensie nie być wykluczonym ze społeczeństwa. Nie będę się o ciebie bać, bo jesteś na najlepszej drodze do ogarnięcia swojego strachu, choćby przez opisanie sytuacji na blogu. Nie zakładaj tylko z góry, że nikt cię nie zrozumie - zawsze znajdzie się ktoś, kto ogarnie chociaż po części, chociaż odrobinę. Też czasami mam nieracjonalne obawy, np. przed szkolną biblioteką (serio) i moi przyjaciele rozumieją to i nie mają mi za złe, że proszę ich o wypożyczanie mi książek. Dobrzy ludzie są wszędzie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę nauczyć moje towarzystwo, żeby byli dla mnie dobrzy, jak Twoje dla Ciebie :D

      Usuń
  2. Czytam Twoje posty z wielkim zaangażowaniem sie w ich treść i sens.Jesteś WIELKI,jesteś fajnym i wrazliwym człowiekiem.Rozumiem cię doskonale. Własnie takich ja Ty i ja dopadają stany lekowe,ale ja nauczyłam sie z tym walczyć.Jak??Otóz robie wszystko na przekór "wrednemu lekowi".Bałam sie wychodzić z domu...dlaczego??..nie wiem do dzis....ale wychodzę na siłę ,na przekór,nic niczemu nie zaradzę gdy nie mam na to wpływu.Co ma być to będzie.Stany lekowe rujnują zdrowie!!!!mimo,ze jestem szczęśliwa.
    W koncu napisałam do Ciebie,przełamałam opór(a był) i już.Pozdrawiam i dziekuje za miłe komentarze na moich robótkach.To jest też moja terapia.Nie nawidze bezczynności.....

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też jestem okropnie nerwowa, przede wszystkim pod względem zmian... Owszem, lubię zmiany, ale subtelne, nie znoszę tych drastycznych i gwałtownych, bo wtedy mi kiszki marsza grają... :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Święty spokój to najlepsza rzecz na świecie i bardzo Ci tego życzę.
    Ale też widać faktycznie, że musiało to być pisane sporo wcześniej, bo szczególnie ostatnio Twoje notki mają dość inny wydźwięk. Chyba że tak dobrze się i tutaj z tym wszystkim kryjesz.
    :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, no tekst pochodzi z października. Chciałem go Wam pokazać jako ciekawostkę.

      Usuń
  5. Mnie też przez pisanie najłatwiej jest uciec od świata, odstresować się... i dzięki serialom. Również jestem podatna na stres. Mam na przykład paniczny lęk przed tym, że coś zgubię, przez co nie mogę się na niczym skupić. Teraz stresuję się przed wizytą u alergolog, który jest podobno tak bardzo ,,sympatyczny'', że nawet dorośli wychodzą od niego z płaczem, a znając moje mruczenie pod nosem i tępotę w stresujących sytuacjach...
    Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja to przejmuję się wszystkim. Najlepiej byłoby nauczyć się nie przejmować,ale różnie z tym bywa.... Po prostu żyję na przekór swoim nerwom ;)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. Doskonale rozumiem takie ucieczki. Kiedy w moim życiu zaczęło się dziać coś, czego na początku nie potrafiłam zaakceptować stworzyłam sobie bohaterkę taką jak ja, która robiła to czego ja się bałam, która przyznawała sie do tego, co dla mnie wtedy było jakimś wielkim sekretem i kompletną abstrakcją.
    Jak nie specjalista, to może jakiś przyjaciel mający wykształcenie i doświadczenie w tym kierunku? Niby obcemu łatwiej się zwierzyć, ale jednak trochę zaufania też potrzebne.

    OdpowiedzUsuń
  8. piona, dla mnie tez zdawanie egzaminu na prawo jazdy jest jednym z najgorszym wspomnien, strasznie to przeżywałam/Karolina

    OdpowiedzUsuń
  9. Siema Bilbo Bagginsie!

    Masz jeszcze jeden sposób na ucieczkę - możesz sobie podworować z samego siebie!

    "[...]chyba potrzebuję pomocy specjalisty. Niestety, nigdy się do niego nie udam, bo byłoby to dla mnie zbyt stresujące." - i co tu poradzić, pętla się domyka... A najgorsze jest to, że jak szybko przeczytasz to zdanie, to można się nawet delikatnie uśmiechnąć! ;]

    Tyż nie lubię otwierać listonoszom i kurierom :/

    OdpowiedzUsuń